Rozdział XIII Spotkanie z Gryfonami...
Po dotarciu do Hogsmade pozostało nam jeszcze sporo czasu, gdyż około dwóch godzin. Idealnie, wręcz fantastycznie. Miałam wystarczająco dużo wolnej chwili aby pochodzić po sklepach z odzieżą. Nie muszę chyba wspominać, że mój ulubiony sweter został podziurawiony niczym ser szwajcarski przez zazdrosną i nieokrzesaną Karinę.
- To tutaj! – Zakrzyknęłam gdy wśród zamieci śnieżnej dostrzegłam złote litery „Madame Nerina”. – Słyszałam, że przez wiele lat szkoliła swe umiejętności, a dysponuje naprawdę wspaniałymi kreacjami. Używa najlepszych surowców, a ubrania przyozdabia między innymi włosiem jednorożca czy chociażby.. łuskami smoka. – Wyszeptałam rozanielona.
-Obsesja nie jest niczym złym ale jej nadmiar prowadzi do migreny.
Uniosłam brew do góry słuchając słów Luny.
- Ech kiedyś do tego przywyknę. – Mruknęłam bardziej do siebie niżeli do Krukonki i nie czekając ani minuty dłużej weszłam do sklepu wpuszczając do środka kilkanaście śnieżynek.
- Witam w czym mogę… - Zapytała jasnowłosa czarownica podchodząc do mnie, lecz totalnie zignorowałam jej osobę. Nie zrobiłam tego celowo, raczej nieświadomie. Po prostu byłam zbytnio urzeczona jedną ze ścian przy której na ponad dwudziestu wieszakach wisiała niezliczona ilość odzieży w kolorze, który ubóstwiam – czerni. Kilkakrotnie okrążyłam wieszaki, gdy w końcu przystanęłam i zaaferowana przeglądałam starannie każdy łaszek.
- Piękne… urocze… cudowne… Aaaa to istny raj dla mnie. – Jęknęłam zauroczona.
- Jesteś pewna, że Snape to twój ojciec?
- Dlaczego pytasz? – Zapytałam melodyjnym tonem ściągając z wieszaka czarną bluzkę z ogromnym dekoktem, którą przyłożyłam do swego ciała.
- Pomimo, że ubiera się w kolor żałobny nie wyobrażam sobie profesora Snape’a stojącego przy wieszaku z zachwytem spoglądającego na czarną odzież.
- Dziwisz się? Spójrz… - Wskazałam na krój. – Niby prosty, lecz te ozdobienia. Te wzory takie majestatyczne. Czerń jest wyrafinowana i tajemnicza, a te łuski dodają pikanterii całości… Przepraszam Madame Nerino… W jakiej cenie jest ta bluzka?
- Moja droga jest dość droga…
- Nie pytam się czy jest tania czy droga… Konkretnie… Ile?
- Dwa galeony.
- Dostałam od ojca 10 galeonów. – Wyszeptałam na ucho Luny.
- Podobno mistrz eliksirów jest bezwzględny, ale swoją córeczkę rozpieszcza… - Zmierzyłam wzrokiem dziewczynę, której włosy sięgały poza ramiona a kolorem podpadały pod bordo.
- Cóż… Nikt nie pytał ciebie o zdanie także zachowaj je dla siebie.
Dziewczyna przedrzeźniał mnie i potraktowała to jak dobrą zabawę.
- Zawsze zachowujesz się jakbyś miała stado much w nosie? A może to jest po prostu twój urok osobisty? Rozumiem… starasz się zrobić dobre pierwsze wrażenie. – Gryfonka uśmiechnęła się przymilnie.
- Zawsze tak błaznujesz czy robisz dla mnie wyjątek? – Zapytałam niezbyt zadowolona z obecności nieznajomej.
- Czerń… Pospolita… banalna… przeciętna… niewyszukana… prymitywna… zwyczajna… - Usłyszałam męski głos. Wspięłam się na palcach aby zobaczyć co za delikwent zaczyna ze mną wojnę poprzez obrażanie mej barwy. Jedynym co dostrzegłam to czerwone włosy sięgające do ramion ułożone frywolnie.
- A może mi łaskawie powiesz dlaczego obrażasz MOJĄ barwę?
- Wystarczająco dużo powodów podałem. Było słuchać. Nie mam zamiaru się powtarzać.
- Super… A jaki twym zdaniem kolor jest… najlepszy? – Prychnęłam wzgardliwie.
- Czyż to nie oczywiste? – Podniósł wzrok i mogłam dotrzeć jego zielone oczy za parą okularów z czerwoną oprawką na których zawieszony był czarny łańcuszek z małymi czaszkami. – Najpiękniejszy, najbardziej majestatyczny kolor jaki śmiertelnicy mogli wymyśleć… czerwień, kolor królów.
- Czerwień? – Wykrzywiłam usta w jadowitym uśmieszku. – Badziewny… beznadziejny… bublowaty… jarmaczny… kiczowaty… nędzny… okropny… niechlujny… po prostu kolor kurewski.
- Coś ty powiedziała?
- Trzeba było słuchać. Nie mam zwyczaju się powtarzać.
- Ach tak? – Zwęził niebezpiecznie oczy.
- Tak! – Warknęłam zaciskając dłonie w pięści.
- Czerwień to kolor miłości i namiętności, jak śmiesz twierdzić, że jest kiczowaty?
- Natomiast czerń jest wytworna i tajemnicza. Trzeba było nie zaczynać! – Złapałam Lunę za ramię. – Wychodzimy. Nie będę wykłócać się z tym idiotą, ani znosić tej gryfonki ani minuty dłużej… - Podeszłam do Neriny płacąc za bluzkę. Dwoje gryfonów zepsuło mi humor. Chciałam jeszcze dobrać jakieś spodnie, lecz przez tych dwoje nie miałam możliwości. Przyszedł czas na pierwsze spotanie Gwardii Dubledora.
|
bez podpisu http://nawet-tam-gdzie-wszystko-sie-konczy-ja-odnajde-swoj-poczatek.blog4u.pl/ data: 6/11/2011 21:35:12 zalogowany IP: zalogowany |
No nareszcie coś napisałaś!:D ciekawa notka, szkoda tylko, że taka krótka...pisz, pisz dalej;) |





