Rozdział IX Czasami ludzka nienawiść potrafi zabić ostatni promień odzyskanej nadziei...



Kuliłam się z zimna, moje ciało przybrało siny odcień. Odrzuciłam niedopałek papierosa i sięgnęłam po drugiego. Czy tak wygląda samotność? Nieczuła oblubienica kusząca swym spokojem i alianizacją, a jednocześnie obdarowująca bezlitosną izolacją od reszty społeczeństwa, która szydząc za plecami wymyśla kolejne pokuty, jakie należy znieść przez dokonanie wyboru.
Czy istnieje w tym świecie coś takiego jak przyjaźń?
Jeśli tak to, dlaczego opuścili mnie ci, na których najbardziej polegałam, powierzając swe sekrety i zaufanie?
Poczułam jak ktoś otula me ramiona płaszczem. Byłam tak zamyślona, że nie usłyszałam kroków natręta.
- Ile jeszcze spalisz nim opanujesz swe emocje? – Usłyszałam zdecydowany, bardzo dobrze mi znany głos.
- Claire. – Wspomnienia dawnych dni uderzył o mnie z niewyobrażalną siłą. Tęskniłam za tym, co mnie i Claire łączyło. Byłyśmy nie tylko przyjaciółkami, ale przede wszystkim siostrami.
– Czego chciałaś? Okazać litość? Daruj sobie! Nie potrzebuje...
- Jak zwykle zachowujesz się niedojrzale, jesteś strasznie rozkapryszona. – Powiedziała swoim wyniosłym tonem siadając na ławce obok mnie. – Jeszcze się przeziębisz. – Dodała uszczypliwie, a ja niczym na zawołanie kichnęłam i poczułam ostry ból zatok. „Pięknie, jeszcze choroby mi było trzeba” myślałam nie odrywając wzroku od Claire.
-Czego tutaj chciałaś? Poszydzić ze mnie? No proszę bardzo! Mów prosto w twarz! Miejmy to już za sobą!
- Rozgryzłaś mnie… Masz rację przyszłam z ciebie tak baaardzo poszydzić. Nie zauważyłaś, że już zaczęłam?
- Jeżeli nie po to… to dlaczego? Widziałam twoją rękę w górze i słowa „to dla twojego dobra”.
- Tego nie zaprzeczę. Tak było i… jest.
- Nie rozumiem.
- Ślizgoni uważają ciebie za zdrajcę. Porównałaś ich do szlam, to była zarazem oznaka odwagi, jaki nieskończonej głupoty.
- Dziękuję Claire.
- Na mnie zawsze możesz liczyć. – Dodała pospiesznie. – Ja natomiast znam ciebie dłużej i lepiej od pozostałych. Wiem, że nienawidzisz ludzkich barier. Nie uznajesz czegoś takiego jak „czystość krwi”, przekupstwo czy większe dobra materialne. Chcesz, aby każdy reprezentował swe wartości. Szanuję to, oni nie.
- A twoja ręka?
- Jestem od ciebie starsza o całe siedem miesięcy. Nie dam ciebie skrzywdzić. Teraz ślizgoni uważają, że ciebie nienawidzę, że mnie zawiodłaś. I o to chodzi. Dzięki temu mogę..
- Dzięki temu możesz ostrzegać mnie przed ich chorymi pomysłami. – Przytuliłam czule do siebie Claire. Tak wiele ryzykowała, aby grać na dwa fronty. Przecież gdyby odkryli jej niecny plan traktowaliby ją gorzej ode mnie, możliwe, że zmuszona byłaby nawet opuścić Hogwart. – Nie chcę abyś tak ryzykowała. Jeżeli się dowiedzą…
- Nie zapominaj, że dom Slyherina charakteryzuje się sprytem. Nie dowiedzą się…
- Oczywiście, że nie. Gnęb mnie publicznie.
- Oszalałaś?
- Oszalałabym gdybym pozwoliła ci aż tak bardzo ryzykować. Gnęb mnie przy innych.
- A-ale…
- Nie ma żadnego „ale”. Niech myślą, nie… Niech wierzą w to, że jesteśmy wrogami! Tobie, jako jedynej wybaczę obelgi i wyzwiska. Aaaa jeszcze jedno, dlaczego powiedziałaś, że mi brak podstaw wychowawczych?
-Nie tobie. –Delikatnie uderzyła mnie w tył głowy. – Otrzeźwiej. Ty zachowujesz się niczym wyrafinowana dama, dumna, ambitna, kulturalna…. No przynajmniej, kiedy trzeba. A Karin? Widziałaś jak memlała tą gumę? Nic dziwnego, że to ty podobasz się Draconowi, a nie ona…
- CO TAKIEGO?! – Podniosłam się gwałtownie, a płaszcz wiszący na mych ramionach cicho opadł na wybrukowany dziedziniec. Claire skrzywiła się tak jakby powiedziała sekret, który usiłowała zataić.
- To jest jasne.
- Nie, nie jest. Draco zgotował mi piekło na ziemi.
- Z zazdrości.
- Nie opowiadaj bajek, a prawdziwe motywy mnie nie interesują. – Czując jak wiatr zamienia spokojnie opadający śnieg w prawdziwą nawałnicę podniosłam płaszcz zimowy, jaki leżał u mych stóp, założyłam go na siebie i szczelnie zapięłam pod samą brodę.
- Meg słyszałam, że ponoć odnalazłaś swego ojca.
- Ciekawe ile osób jeszcze o tym rozprawia?
- Możesz mi powiedzieć, kto nim jest? Jeżeli nie chcesz, to uszanuje.
Zamknęłam oczy. Wsunęłam skostniałe dłonie do kieszeni i trzęsąc się z zimna, które przeszywało me ciało na wskroś, zastanawiałam się czy powiedzieć Claire prawdę.
- Zgadnij. Masz trzy strzały. – Rzekłam po chwili namysłu.
- Nie znam wszystkich czarodziejów…
- Ale tego na pewno znasz.
- No dobra… Lucius Malfoy.
Nie wiem czy odegrałam scenkę? Czy głupota mojej przyjaciółki dosłownie zwaliła mnie z nóg? Upadlam obok fontanny w której woda powoli zaczęła zamarzać.
- Nie. – Oddychając szybko i nerwowo wysyczałam. – I więcej mnie nie strasz.
Usłyszałam szczery śmiech Claire i pomimo śnieżycy zrobiło się lekko na mym sercu, a dusza znów zaczęła przypominać tropiki, a nie biegun północny.
- Korneliusz Knot.
- Nie… Kurwa święty Mikołaj.
- Poważnie? Ooooo to jak zacznie robić tobie paczki świąteczne, to niech i mi parę prezentów przyniesie.
- Przestań. Ostatni strzał.
- Remus Lupin, a jak nie on to nie wiem… Albus Dumbledore?
- Albus mógłby być mym dziadkiem. Przykro mi… Nie pogrzeszyłaś rozumem.
- Wyczerpałam swoje szanse i… nic mi z tego nie przyszło. – Załamała teatralnie dłonie.
- Severus Snape.
- Nie gadaj, że znowu wpadłaś w jakieś kłopoty i dostałaś szlaban.
- Nie. – Przewróciłam oczami. -Severus Snape.
- Przyznał ci punkty? – Zapytała zszokowana. Nic dziwnego. Sama byłabym zdziwiona gdyby profesor przyznał mi punkty i ich nie odebrał. Zazwyczaj przyznawał mi punkty za wiedzę, a następnie… odbierał za naganne zachowanie.
- Ograniczona jesteś? –Zapytałam opryskliwie i zbierając się na odwagę wypowiedziałam słowa, których żałuję. - Mówię, że Severus Snape jest moim ojcem.
- SNAPE JEST TWOIM OJCEM?! – Wrzasnęła tak głośno i donośnie, że ptaki chroniące się przed zimnem pod dachami szkoły, wzleciały w bezkres nieba.
- Świetnie. Nie dało się głośniej? Na pewno nie słyszeli o tym ludzie mieszkający na drugim krańcu świata.
- Megara pytałam poważnie.
- Odpowiedziałam godnie z prawdą. Nie uszczęśliwia mnie fakt, że jestem z nim spokrewniona, tym bardziej, że jestem jego… - Odpowiednie słowo nie potrafiło przejść przez moje gardło. Napisanie go również stanowi dla mnie ogromnym problem.
Czy tak bardzo nienawidzę mistrza eliksirów, że nie chcę mieć z nim styczności?
Nie.
Czy żywię do niego uraz?
Możliwe, że lekki, ale praktycznie nie odczuwalny.
Więc czego się boję?
Wygląda na to, że obawiam się prawdy. Nie chcę się do tego przyznać przed samą sobą, co dopiero publicznie.
Karin widząc jak gryzę się z własnymi uczuciami, dopowiedziała za mnie.
-Córką?
Pokiwałam twierdząco głową i poczułam dziwne uczucie, jakby ktoś nas inwigilował. Czułam na sobie czyjeś spojrzenie.
- Poszydź ze mnie. – Nakazałam tonem rozkazującym, ale bardzo cichym. Nie chciałam, aby ktokolwiek dowiedział się, że muszę wywierać na blondynie presję.
- Nie mam zamiaru.
- Rób, co mówię.
-Meg ale…
- Złap mnie mocno za włosy… już. – Rozkazujący ton zamienił się w rozpaczliwe błaganie. Gdyby przeczucia okazały się prawdziwe, Claire miałaby problemy. Nie mogłam pozwolić na to by najlepsza przyjaciółka cierpiała przez moje decyzje. Claire wstała, zdecydowanie podeszła do mnie, pochyliła się nade mną szepcząc „przepraszam” i zacisnęła ręce na mych włosach, ciągnęła za nie podnosząc mnie do pozycji stojącej. Gdy trzymała mnie za włosy spojrzałam na lodowatą wodę w fontannie. Przeraziłam się własnych, chorych myśli, ale nie widziałam innego wyjścia. Wzięłam głęboki oddech i zanurkowałam głową w fontannie.
- Zwariowałaś? – Zapytała Claire puszczając moje włosy i patrząc szeroko otwartymi oczami.
- A nie wygląda? –Trzęsłam się z zimna, lodowate krople wody spływały z włosów po twarzy i szyi, przez kołnierz dostawały się do reszty mego ciała, wypalone dziury w swetrze zastąpiła lodowata woda.
- Odejdź.
- Meg ty potrzebujesz pomocy.
- Właściwie to specjalisty, ale teraz odejdź. Czuję, że to nie koniec problemów. Biegnij do dormitorium.
- A ty?
- Ja zatrzymam intruza. – Wydukałam wysoko unosząc głowę, wpatrywałam się w okna korytarza, z którego jako jedynego buchało światło. Widziałam dwa cienie poruszające się między świecznikami.
- To Umbridge!
- I Malfoy. – Chwyciłam kurczowo Claire za ramiona i patrząc prosto w jej jasnoniebieskie oczy wydałam rozkaz. – Uciekaj do dormitorium. Ja zatrzymam Umbridge, a jeżeli zapyta o „drugą osobę” powiem, że byłam sama. A teraz idź…
- Czy myślisz, że Malfoy…?
- Nie doniósł na ciebie, lecz na mnie. Nie martw się, a teraz biegnij! Kurcze… Potrzebujesz kopa na zapęd? – Po namowach udało się w końcu sprawić, że Claire pobiegła w stronę bocznych drzwi niknąc w śnieżycy. Odetchnęłam z zadowoleniem, chociaż czułam, że krople wody na moim ciele zamieniają się w lód. Gdy zobaczyłam Malfoya idącego obok różowej landryny uśmiechnęłam się do swych myśli „jednak… nie straciłam przyjaciółki”. Nie liczyło się dla mnie nic. Ani to, że ślizgoni mnie nienawidzą, ani to, że zaraz Umbridge ukaże mnie, a Malfoy wskaże oskarżycielsko dłonią. Odzyskałam siostrę i to było najważniejsze. Znów zaczęłam wierzyć i ufać.
- To Megara Desire. – Pokazał dłonią, jakby wydawał mnie jakiemuś katowi.
- Idioto… Snape. – Miałam ochotę odcharknąć i splunąć pod nogi Malfoyowi.
- Masz rację, o twoim nagannym zachowaniu powinien dowiedzieć się opiekun. – Odezwała się Umbridge. Nie dość, że ubrana była w jasną różową, cukierkową garsonkę, to jeszcze jej głos brzmiał niczym sześciolatki.
- Jedno głupsze od drugiego, albo po prostu oboje ogłuchliście. – Malfoy wlepiał we mnie te swoje ślepia marszcząc czoło. Umbridge zrobiła się cala czerwona na twarzy, a jej świńskie ślepia zapłonęły złowrogo. - To było nazwisko.
- Bardzo istotne nazwisko. – Dodała wyniosłym tonem celując we mnie swym grubym paluchem.- Opiekun Slytherinu wyznaczy szlaban, a jeżeli nie pomoże…
Prychnęłam pogardliwie. Skrzyżowałam dłonie na piersiach i odwróciłam głowę w przeciwnym kierunku.
- Jeżeli wolno mi coś zauważyć profesor Umbridge. – Słysząc spokojny ton Dracona byłam pewna, że tak naprawdę triumfuje. Mimo to nie spojrzałam na niego. Stałam skamieniała z zamkniętymi oczami. – Megara nie przestrzega zasad, które pani wniosła do Hogwartu. Robi wszystko, aby je nagiąć lub całkowicie złamać. Proponuję, aby pani profesor wymierzyła Megarze specjalny szlaban. Taki, jakie stosowało się przed latami w Hogwartcie. Niech sobie trochę powisi na suficie przykuta do niego łańcuchami.
- Co?! – Moje nonszalanckie nastawienie całkowicie zniknęło. Wpatrywalłm się w Dracona chcąc uderzyć go w twarz, lecz musiałam się powstrzymać.
- Sama pani profesor widzi jak bardzo jest zbuntowana. Należy ją złamać. Oczywiście postąpi pani jak zechce, to była tylko propozycja. – Umbridge wyglądała jakby rozpatrywała pomysł Dracona. Nie mogłam w to uwierzyć. Przecież to było wbrew wszelkim zasadom i regułom obowiązującym w Hogwartcie!
- Piętnaście punktów dla Slytherinu. – Uśmiechnęła się w tak słodki sposób, że omal nie zwymiotowałam. – Za wprowadzanie do Hogwartu stosownej dyscypliny. Megaro Desire.- Spojrzała na mnie niewinnie i od razu wyczułam podstęp, ta wiedźma coś knuła, a ja za chwile miałam dowiedzieć się, jakie podejmie kroki względem mnie. – Od dzisiaj do końca przyszłego tygodnia będziesz stawiać się u woźnego Filcha, który dopilnuje twej kary za niestosowne zachowanie.
- Ach tak. A co to za… kara?
- Będziesz wisieć codziennie przez okres pięciu godzin w lochach przykuta łańcuchami do sufitu.
-To żart tak? Chore wymysły! Pani mnie chce torturować!
- Chcę sprawić abyś zaczęła być grzeczną i posłuszną dziewczynką. Nie akceptujemy zbuntowanych rozrabiaków.
- Pani profesor, jeżeli mogę… - Wtrącił Malfoy z szacunkiem odnosząc się do „Wielkiego” Inkwizytora.
- Tak Draco możesz już odejść.
- Dziękuję. – Ukłonił się przed ropuchą i rzucił mi przelotne spojrzenie. – Eem Megaro, dlaczego jesteś mokra?
- Czasami wypada się odświeżyć. O ile wiesz, co mam na myśli. W co wątpię twe serce jest czarne niczym smoła, a myśli tak brudne i cuchnące, że muchy obok ciebie latają. Nie widzisz tego?
- Osiem godzin! – Zagrzmiał głos landryny.
- Co proszę?!
- Za niewłaściwie traktowanie swych kolegów przedłużam czas szlabanu z pięciu godzin do ośmiu.
Zasypiając na swym łożu w dormitorium przytulam do swej piersi puchatą poduszkę ubraną w poszewkę z emblematem Slyherinu. Nie mogę uwierzyć, że Malfoy był do tego zdolny. Wszyscy świetnie zdają sobie sprawę, że duże wysiłki fizyczne niszczą me ciało, a ten szlaban nie przyniesie mi nic innego jak tylko pasmo kolejnych upokorzeń i ran.
Draconowi znowu udało się sprawić, że moje szczęście rozprysło się niczym bańka mydlana opadająca na ostry kolec wyrastający z jego serca. Teraz wiem, że czasami ludzka nienawiść potrafi zabić ostatni promień odzyskanej nadziei.

|
Pansy brak www data: 29/08/2010 14:27:00 lokis04.lokis.net.pl IP: 217.153.221.102 |
U mnie nowość. :) |
|
rosie_finlay brak www data: 28/08/2010 23:11:48 acwh62.neoplus.adsl.tpnet.pl IP: 83.11.139.62 |
Wiedziałam, że Claire nie mogła być 'zła'! :) Ale Draco to się jeszcze doigra, coś czuję ;> u mnie nowa ;) |
|
Lisa ;* brak www data: 28/08/2010 22:55:24 chello089076071014.chello.pl IP: 89.76.71.14 |
O jej... Z jednej strony cudownie, bo Claire okazała się jednak prawdziwą przyjaciółką, ale ten Malfoy... Sam powinien tak sobie powisieć pod sufitem! Mam nadzieję, że uda Ci się od tej kary jakoś "uciec". |
|
Pansy brak www data: 28/08/2010 12:16:44 lokis04.lokis.net.pl IP: 217.153.221.102 |
Nie wierzę, na pewno jakoś się wywiniesz z tego szlabanu? Wisieć przykuta do sufitu, jejku to chore! Odnoszę wrażenie, że Twój ojciec nie pozwoli na takie traktowanie Twojej osoby i na pewno się sprzeciwi decyzji Wielkiego Inkwizytora Hogwartu. Czas zaprowadzić porządek w tej szkole. |





